Największy ból sesji.
Siedzę sobie w moim
pokoju w połowie sesji. Dookoła mnie rzeczy, mnóstwo rzeczy. Jest
tu wszystko oprócz luster. Mogłabym nie dotrwać końca sesji
gdybym w tym momencie zobaczyła swe nobliwe (w mojej głowie tak to
wygląda) odbicie. Bałagan. Nie mogę wstać z łóżka, bo nadepnę
na szklankę albo coś gorszego – nie wiem, pod warstwą ubrań i
koców może kryć się wszystko. Tak więc leże i czekam na
ratunek, albo jakiś inny znak od Boga (nawet w Niego nie wierze.
Czeka mnie niechybna śmierć!)
Mamy tu do czynienia z
konkretnym rytuałem, jest on cykliczny i posiada wartość
obrzędową. Rzeczy w czasie sesji rozrzuca się dookoła, zawsze w
wieczór przed egzaminem. Co prawda nie zdajemy sobie w tym momencie
sprawy z wartości obrzędowej owego czynu (nieuświadomione
struktury myślowe – strukturalizm) – myślimy że po prostu
szukamy notatek (w tym celu należy wyrzucić całą zawartość
szuflady), że nie mamy czasu układać rzeczy i zmywać naczyń (w
tym momencie brudne naczynia lądują w opróżnionej szufladzie), bo
jeszcze nic nie umiemy. Cóż bardziej mylnego! Robimy to po to, żeby
na kilka dni (czyli dokładnie tyle ile powinniśmy przeznaczyć na
naukę) przed kolejnym terminem móc poświęcić całą naszą uwagę
na sprzątanie. Bardzo dokładne. Nie można się uczyć w bałaganie!
Tak mówią psychologowie i ci inni szarlatani. Zresztą jak tu się
skupić, gdy świat zamknięty w naszym pokoju jest taki piękny! Ile
kolorów i deseni zawartych jest w tej plątaninie naszych ubrań.
Jakie kształty wyłaniają się z zaschniętego na talerzu ketchapu.
Można też nawiązać kontakt towarzyski z kłębkami kurzu.
Wystarczy że przez odpowiednio długi czas nie śpimy (bo np.
piszemy raport na zaliczenie ćwiczeń...) i trochę (dużo) kofeiny.
Przyjaźń na całe życie, czyli do następnej fazy sprzątania.
Odkurzacz z reguły zabija naszych przyjaciół (tak, jesteś
mordercą)
Jako że nie miałam nic
ciekawego do roboty... siedziałam w swoim pokoju, spoglądałam
spokojnie na skarpetkę, która właśnie ruszyła na północny –
zachód i zastanawiałam się głośno wraz z przyjaciółmi co
właściwie jest najgorszym bólem w sesji. Wygrał ból zębów. Aby
moje badania osiągnęły właściwy stopień wiarygodności naukowej
przedstawię przeprowadzony przeze mnie sondaż. Otóż w badaniu
udział wzięły wszystkie moje części ciała (które mogłam
zobaczyć w lustrze, niegdyś spoglądającym na mnie moimi własnymi
oczami, zanim jeszcze zakryłam je szkarłatnym jedwabiem), czyli
obie ręce, nogi, zęby, włosy, oczy, nos, uszy. Z włosów, nosa i
uszu zrezygnuje od razu, gdyż wnioski wyciągnięte na podstawie
wywiadów z nimi okazały się statystycznie nieistotne.
Ręka prawa boli mnie
potwornie, od ciągłego lajkowania waszych postów. Wszystkim jakoś
tak nagle dowcip się wyostrza kiedy powinni się uczyć. Nie
narzekam, lubię dobre żarty. Poza tym wszyscy ciągle siedzą na
facebooku, więc nie muszę trwonić kaski na smsy. I wszyscy mi
odpisują – to zupełnie tak jakbym miała przyjaciół.
Nogi – jakieś maści
na opuchnięte łydy by się przydały. Robię milion kółek w ciągu
dnia, od komputera do lodówki, potem do miejsca w którym są setki
kserówek i Harry Potter, ale nie ma komputera. Następnie należy
znowu iść po coś do jedzenia, przy okazji chowając Harry'ego do
zamrażalki, co by się skupić na tym co mi pomoże zaliczyć
semestr (kto by chciał czytać taką zimną książkę?). Regularnie
też należy wracać do komputera, żeby sprawdzić czy ktoś nie
znalazł może jakiegoś złotego sposobu na zaliczenie konkretnego
egzaminu bez nauki, albo z jej minimalnym nakładem. Zawsze też jest
nadzieja że odwołali sesje, bo znowu zamordowano prezydenta.
Nadzieja umiera ostatnia (nie życzę mu śmierci, co by nie było,
głosowałam na niego). Nogi obie narzekają, ale ja nie bardzo, bo
ruszam się więcej niż normalnie, a to zdrowe podobno.
Oczy bolą bo się
zamknąć by chciały, a nie mogą. Wkładam wykałaczki pod powieki
(wcześniej wymoczone w płynie do soczewek, odkażone jak należy),
trochę mi się obraz rozdwaja, ale ogólnie działa. Też nie mogę
się uskarżać, bo co gały widziały... W każdym razie jak pracują
oczy to potem bywam nawet trochę mądrzejsza niż wcześniej. Fajne
uczucie. Szkoda że tak rzadko go doświadczam.
Istnieje szereg
uniwersalnych wymówek i usprawiedliwień. Ta o którą chcę tu
wspomnieć istniała już w starożytności. Opracowały ją
największe umysły antycznego świata, i jak widać ich praca nie
poszła na marne. Mianowicie chodzi tu o wymówkę nr 3 – uczę
się, więc mogę jeść. Nie ma nawet możliwości, aby z tej
wymówki nie skorzystać, w końcu niewiele się zapamięta metod i
technik badań socjologicznych, gdy po umyśle biegają tylko
pieczone kurczaki oblane gorącą czekoladą (bez główek i piór –
mięso i nóżki). No to sobie tak siedzę na tej mojej łodzi
dryfującej wśród morza przedmiotów, czytam notatki, które są
zupełnie bez sensu i nic z nich nie rozumiem (ale keep learning –
trzeba być twardym, a nie mientkim), i mówię sobie co chwila „a,
jeszcze jedna kostka tej przeklętej czekolady, w końcu jesteśmy w
stanie wojny”, aż w końcu okazuje się że czekolada skończyła
się trzy kostki temu (nie wiem jak to możliwe, ale przysięgam że
mi się zdarzyło!). Nawet nie chodzi tu o tycie – jak już
wspomniałam sporo chodzę. Najgorszy jest ból zębów. Potęguje
się we mnie panika, że właśnie je psuje, a współczesna medycyna
może przedłużyć moje życie o dobrych kilka lat i zostanę w
końcu taka stara, pomarszczona, brzydka i bez zębów. Dlatego moje
ścieżki prowadzą mnie kilka razy dziennie do łazienki żeby je
myć. Choć, nie wiem czy wiecie, ale mycie zbyt częste niszczy
naturalną ochronę zębów (czy coś tam – w każdym razie nie
jest dobre), a Pani dentystka powiedziała że w sumie to i tak mnie
od dziur nie uratuje. Dlatego to jest najgorszy ból. Strach mnie
paraliżuje, myślę już tylko o wieczności w kontekście zębów.
Jebać sesje.
J
