niedziela, 29 stycznia 2012

Ból

Największy ból sesji.




Siedzę sobie w moim pokoju w połowie sesji. Dookoła mnie rzeczy, mnóstwo rzeczy. Jest tu wszystko oprócz luster. Mogłabym nie dotrwać końca sesji gdybym w tym momencie zobaczyła swe nobliwe (w mojej głowie tak to wygląda) odbicie. Bałagan. Nie mogę wstać z łóżka, bo nadepnę na szklankę albo coś gorszego – nie wiem, pod warstwą ubrań i koców może kryć się wszystko. Tak więc leże i czekam na ratunek, albo jakiś inny znak od Boga (nawet w Niego nie wierze. Czeka mnie niechybna śmierć!)


    Mamy tu do czynienia z konkretnym rytuałem, jest on cykliczny i posiada wartość obrzędową. Rzeczy w czasie sesji rozrzuca się dookoła, zawsze w wieczór przed egzaminem. Co prawda nie zdajemy sobie w tym momencie sprawy z wartości obrzędowej owego czynu (nieuświadomione struktury myślowe – strukturalizm) – myślimy że po prostu szukamy notatek (w tym celu należy wyrzucić całą zawartość szuflady), że nie mamy czasu układać rzeczy i zmywać naczyń (w tym momencie brudne naczynia lądują w opróżnionej szufladzie), bo jeszcze nic nie umiemy. Cóż bardziej mylnego! Robimy to po to, żeby na kilka dni (czyli dokładnie tyle ile powinniśmy przeznaczyć na naukę) przed kolejnym terminem móc poświęcić całą naszą uwagę na sprzątanie. Bardzo dokładne. Nie można się uczyć w bałaganie! Tak mówią psychologowie i ci inni szarlatani. Zresztą jak tu się skupić, gdy świat zamknięty w naszym pokoju jest taki piękny! Ile kolorów i deseni zawartych jest w tej plątaninie naszych ubrań. Jakie kształty wyłaniają się z zaschniętego na talerzu ketchapu. Można też nawiązać kontakt towarzyski z kłębkami kurzu. Wystarczy że przez odpowiednio długi czas nie śpimy (bo np. piszemy raport na zaliczenie ćwiczeń...) i trochę (dużo) kofeiny. Przyjaźń na całe życie, czyli do następnej fazy sprzątania. Odkurzacz z reguły zabija naszych przyjaciół (tak, jesteś mordercą)


  Jako że nie miałam nic ciekawego do roboty... siedziałam w swoim pokoju, spoglądałam spokojnie na skarpetkę, która właśnie ruszyła na północny – zachód i zastanawiałam się głośno wraz z przyjaciółmi co właściwie jest najgorszym bólem w sesji. Wygrał ból zębów. Aby moje badania osiągnęły właściwy stopień wiarygodności naukowej przedstawię przeprowadzony przeze mnie sondaż. Otóż w badaniu udział wzięły wszystkie moje części ciała (które mogłam zobaczyć w lustrze, niegdyś spoglądającym na mnie moimi własnymi oczami, zanim jeszcze zakryłam je szkarłatnym jedwabiem), czyli obie ręce, nogi, zęby, włosy, oczy, nos, uszy. Z włosów, nosa i uszu zrezygnuje od razu, gdyż wnioski wyciągnięte na podstawie wywiadów z nimi okazały się statystycznie nieistotne. 


   Ręka prawa boli mnie potwornie, od ciągłego lajkowania waszych postów. Wszystkim jakoś tak nagle dowcip się wyostrza kiedy powinni się uczyć. Nie narzekam, lubię dobre żarty. Poza tym wszyscy ciągle siedzą na facebooku, więc nie muszę trwonić kaski na smsy. I wszyscy mi odpisują – to zupełnie tak jakbym miała przyjaciół.

Nogi – jakieś maści na opuchnięte łydy by się przydały. Robię milion kółek w ciągu dnia, od komputera do lodówki, potem do miejsca w którym są setki kserówek i Harry Potter, ale nie ma komputera. Następnie należy znowu iść po coś do jedzenia, przy okazji chowając Harry'ego do zamrażalki, co by się skupić na tym co mi pomoże zaliczyć semestr (kto by chciał czytać taką zimną książkę?). Regularnie też należy wracać do komputera, żeby sprawdzić czy ktoś nie znalazł może jakiegoś złotego sposobu na zaliczenie konkretnego egzaminu bez nauki, albo z jej minimalnym nakładem. Zawsze też jest nadzieja że odwołali sesje, bo znowu zamordowano prezydenta. Nadzieja umiera ostatnia (nie życzę mu śmierci, co by nie było, głosowałam na niego). Nogi obie narzekają, ale ja nie bardzo, bo ruszam się więcej niż normalnie, a to zdrowe podobno.


   Oczy bolą bo się zamknąć by chciały, a nie mogą. Wkładam wykałaczki pod powieki (wcześniej wymoczone w płynie do soczewek, odkażone jak należy), trochę mi się obraz rozdwaja, ale ogólnie działa. Też nie mogę się uskarżać, bo co gały widziały... W każdym razie jak pracują oczy to potem bywam nawet trochę mądrzejsza niż wcześniej. Fajne uczucie. Szkoda że tak rzadko go doświadczam.

Istnieje szereg uniwersalnych wymówek i usprawiedliwień. Ta o którą chcę tu wspomnieć istniała już w starożytności. Opracowały ją największe umysły antycznego świata, i jak widać ich praca nie poszła na marne. Mianowicie chodzi tu o wymówkę nr 3 – uczę się, więc mogę jeść. Nie ma nawet możliwości, aby z tej wymówki nie skorzystać, w końcu niewiele się zapamięta metod i technik badań socjologicznych, gdy po umyśle biegają tylko pieczone kurczaki oblane gorącą czekoladą (bez główek i piór – mięso i nóżki). No to sobie tak siedzę na tej mojej łodzi dryfującej wśród morza przedmiotów, czytam notatki, które są zupełnie bez sensu i nic z nich nie rozumiem (ale keep learning – trzeba być twardym, a nie mientkim), i mówię sobie co chwila „a, jeszcze jedna kostka tej przeklętej czekolady, w końcu jesteśmy w stanie wojny”, aż w końcu okazuje się że czekolada skończyła się trzy kostki temu (nie wiem jak to możliwe, ale przysięgam że mi się zdarzyło!). Nawet nie chodzi tu o tycie – jak już wspomniałam sporo chodzę. Najgorszy jest ból zębów. Potęguje się we mnie panika, że właśnie je psuje, a współczesna medycyna może przedłużyć moje życie o dobrych kilka lat i zostanę w końcu taka stara, pomarszczona, brzydka i bez zębów. Dlatego moje ścieżki prowadzą mnie kilka razy dziennie do łazienki żeby je myć. Choć, nie wiem czy wiecie, ale mycie zbyt częste niszczy naturalną ochronę zębów (czy coś tam – w każdym razie nie jest dobre), a Pani dentystka powiedziała że w sumie to i tak mnie od dziur nie uratuje. Dlatego to jest najgorszy ból. Strach mnie paraliżuje, myślę już tylko o wieczności w kontekście zębów. Jebać sesje.

                                                                                                            J