poniedziałek, 20 lutego 2012

Rocky Balboa idzie na dno


Szanowny Panie Balboa,

Piszę „Szanowny”, bo mnie ostatnio, niemalże osobiście w twarz, pewna pani doktor, specjalistka do spraw stylistyki i komunikacji, pouczyła, że tak trzeba. Że tylko tak wypada. Że do osoby zasłużonej i znanej należy z tytułami i honorami.  Napisałam „Panie Balboa”, choć chciałabym „Rocky”. Pan się nie obrazi, prawda? Bo ja czuję, że my, Rocky, byśmy się zrozumieli. 

Wiedz, że u mnie po staremu. Uważam na przeciągi, przed przejściem przez jezdnię patrzę w lewoprawolewo, posiłki jadam regularne i bogate w błonnik. Sam widzisz - wszystko tak jak się należy. Ale w końcu jesteśmy przyjaciółmi, więc pozwólmy sobie na to szaleństwo. Pozwólmy sobie na chwilę szczerości: trochę się ostatnio niepokoję, Rocky.  Dobrze pamiętam z lekcji religii, że w takich chwilach, gdy toczą się krwawe batalie ducha zwracać się należy do różnych świętych, albo do Jezusa. Ale oni by mogli tego nie zrozumieć. W końcu my jesteśmy przyziemne chłopaki z brudnych osiedli i nie lubimy filozofii. My mamy szorstkie, zaciśnięte w pięści dłonie, krew z rozciętej wargi i poodbijane oczy.  Pamiętam jak w pierwszej części filmu ojciec powiedział do Ciebie:   „Nie urodziłeś się z mózgiem, więc zacznij używać ciała”.  Ja też taka jestem. Tylko ciałem nie potrafię zdziałać tyle co Ty, bo wątłe mam ramiona i nie wyprowadzam cisów tak sprawnie.

Wracając do niepokoju, to musisz wiedzieć, że robi się coraz gorzej. Myślę, że ma to coś wspólnego z pogodą, bo jest ciągle moro i ciemno. Słońce od dawna już w ogóle nie wschodzi. Wiatru też nie ma i w całym stęchłym mieście morowe powietrze wisi. Sam rozumiesz, Rocky, że w takich okolicznościach słucha się tylko smutnych piosenek i czyta smutnych ludzi. Parapety same pod nogi podchodzą. Chciałabym, tak jak Ty, nie umieć czytać. Bo musisz wiedzieć, przyjacielu, że poeci potrafią być kurewsko smutni

I tylko myśl o Tobie trzyma mnie jeszcze jakoś w całości. Ty masz gorzej niż ja. Byłeś nikim, byłeś królem i znowu zostałeś nikim. Przegrałeś, Rocky. Majątek straciłeś przez szwindle księgowego, okazało się, że masz trwałe uszkodzenie mózgu, znów mieszkasz w tej psiarni, syn nie chce z Tobą rozmawiać, ukochana umiera.  A gówniarz, którego trenowałeś, którego wszystkiego nauczyłeś podnosi na Ciebie rękę.  Na koniec, wyzwany na ostatni pojedynek, przegrywasz  przez nieuczciwych sędziów. Wszyscy o Tobie zapominają. Nikomu się już nawet nie chce kręcić szóstej części filmu. Fatalnie, Rocky. Chyba jednak zostanę przy moich smutnych piosenkach. 

Przyjacielu, mam nadzieję, że wszystko nam obojgu się jeszcze ułoży. 


Ślę dużo serdeczności,
n.

Brak komentarzy: