Ja nie osądzam. Ja nie krytykuję. Ja
nie obrażam.
Ale...Kiedy szłam w mroźne (jakieś –
1000C) sobotnie popołudnie do Centrum Sztuki Współczesnej w
Toruniu na wystawę World Press Photo 2011, byłam pełna ekscytacji.
Nieco ją ukrywałam, założyłam moją poker face i
udawałam, że to dzień jak co dzień. Ja obcująca z wysoką
kulturą. Jak zwykle.
Weszła. Oddała kurtkę do szatni.
Przywitała się z Panem ochroniarzem, który nie zareagował.
Czekała, czekała na swojego towarzysza wycieczki, co skończyło
się oczywiście wizytą w księgarni sztuki. Tak bodajże się
nazywa. Tam, zawsze czekają pułapki, szczególnie człowieka o
wrażliwej duszy. Bo tam książki tak piękne, niespotykane,
cudowne, pełne wiedzy, której by się zdawało, nawet w Internecie
nie ma. A kosztują swoje.
Dobra. Towarzysz przybył, możemy się
w końcu udać na wystawę.
Bilety oczywiście trzeba zakupić,
dramacików nie ma, ale paczka pierogów za to by była. I już obiad
na dwa dni. No ale przecież na kulturę wydać można każde
pieniądze, a co tam.
Wchodzimy do Sali, zdjęcia pięknie
wiszą, pod każdym podpis i krótkie wytłumaczenie o co chodzi, z
czym to się je. Pierwsza rzecz, która mnie zaspokoiła to nasza,
hm, „postawa” podczas oglądania. No bo przechodzę od jednego
zdjęcia do drugiego i nagle orientuje się że patrzę, patrzę, ale
właściwie to jestem w środku dyskusji na temat mojego dzisiejszego
obiadu, oraz poniedziałkowego kolokwium. Czyżby zdjęcia nie
wciągały? Patrz na zdjęcia! Może powinnam nadmienić wcześniej,
World Press Photo to takie Oscary fotografów pracujących dla prasy.
Najważniejszy konkurs w tej branży. Czyli nic z kategorii mam
lustrzankę firmy sony, jestem fotografem, ale raczej –
jestem fotografem, mam aparat. A wiedzieć musicie, że
fotografowie zawsze są bliscy memu sercu. Raczej Ci starsi, z
doświadczeniem, którzy dorabiali sobie robiąc zdjęcia na ślubach
w latach 70, aby zarobić na nowy aparat. Później czekał ich długi
proces wywoływania zdjęć w ciemni i niespodzianka - czy zdjęcie
dobrze wyszło?
Wierzcie czy nie, takich to ja kocham.
Weźmy takiego, mojego tatę. Padre wykształconym fotografem jest i
to właśnie dzięki niemu, a raczej przez niego do dziś posiadam
udokumentowany prawie każdy etap mojego życia. Ale dość tych
sentymentów, wracając do wystawy. Jakie wnioski? Czy mogę ją
polecić? Hmm, jeżeli jesteś fanem brutalnych scen, upośledzonych
cieci, brudu, biedy, przemocy na ulicach, chorób i tragedii, ta
wystawa jest w sam raz dla Ciebie. Jak dla mnie, jedynym „ładnym
zdjęciem” był portret marynarza, bodajże. A wiadomo, ja lubię
oglądać „ładne rzeczy”, dlatego byłam nieco zniesmaczona. Nie
powiem, zdjęcia robią wrażenie, majstersztyk to pewnie jest, ale
co pan zrobisz, skoro nie ma „ładnych zdjęć”? – nic pan nie
zrobisz. Koniec, końców (wydaje mi się, że właśnie tego zwrotu
nie lubi współtwórca tego bloga, ale...co tam) nie żałuję że
poszłam na wystawę, ale jak mam być szczera, polecam obejrzenie
zdjęć online.
Najlepiej teraz. Przestańcie robić co robicie i już
do oglądania zdjęć! Puki egzystują w Internecie legalnie...
m
