wtorek, 31 stycznia 2012

World press horrible photo 2011






Ja nie osądzam. Ja nie krytykuję. Ja nie obrażam.

Ale...Kiedy szłam w mroźne (jakieś – 1000C) sobotnie popołudnie do Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu na wystawę World Press Photo 2011, byłam pełna ekscytacji. Nieco ją ukrywałam, założyłam moją poker face i udawałam, że to dzień jak co dzień. Ja obcująca z wysoką kulturą. Jak zwykle.

Weszła. Oddała kurtkę do szatni. Przywitała się z Panem ochroniarzem, który nie zareagował. Czekała, czekała na swojego towarzysza wycieczki, co skończyło się oczywiście wizytą w księgarni sztuki. Tak bodajże się nazywa. Tam, zawsze czekają pułapki, szczególnie człowieka o wrażliwej duszy. Bo tam książki tak piękne, niespotykane, cudowne, pełne wiedzy, której by się zdawało, nawet w Internecie nie ma. A kosztują swoje. 


   Dobra. Towarzysz przybył, możemy się w końcu udać na wystawę.

Bilety oczywiście trzeba zakupić, dramacików nie ma, ale paczka pierogów za to by była. I już obiad na dwa dni. No ale przecież na kulturę wydać można każde pieniądze, a co tam.

Wchodzimy do Sali, zdjęcia pięknie wiszą, pod każdym podpis i krótkie wytłumaczenie o co chodzi, z czym to się je. Pierwsza rzecz, która mnie zaspokoiła to nasza, hm, „postawa” podczas oglądania. No bo przechodzę od jednego zdjęcia do drugiego i nagle orientuje się że patrzę, patrzę, ale właściwie to jestem w środku dyskusji na temat mojego dzisiejszego obiadu, oraz poniedziałkowego kolokwium. Czyżby zdjęcia nie wciągały? Patrz na zdjęcia! Może powinnam nadmienić wcześniej, World Press Photo to takie Oscary fotografów pracujących dla prasy. Najważniejszy konkurs w tej branży. Czyli nic z kategorii mam lustrzankę firmy sony, jestem fotografem, ale raczej – jestem fotografem, mam aparat. A wiedzieć musicie, że fotografowie zawsze są bliscy memu sercu. Raczej Ci starsi, z doświadczeniem, którzy dorabiali sobie robiąc zdjęcia na ślubach w latach 70, aby zarobić na nowy aparat. Później czekał ich długi proces wywoływania zdjęć w ciemni i niespodzianka - czy zdjęcie dobrze wyszło?



Wierzcie czy nie, takich to ja kocham. Weźmy takiego, mojego tatę. Padre wykształconym fotografem jest i to właśnie dzięki niemu, a raczej przez niego do dziś posiadam udokumentowany prawie każdy etap mojego życia. Ale dość tych sentymentów, wracając do wystawy. Jakie wnioski? Czy mogę ją polecić? Hmm, jeżeli jesteś fanem brutalnych scen, upośledzonych cieci, brudu, biedy, przemocy na ulicach, chorób i tragedii, ta wystawa jest w sam raz dla Ciebie. Jak dla mnie, jedynym „ładnym zdjęciem” był portret marynarza, bodajże. A wiadomo, ja lubię oglądać „ładne rzeczy”, dlatego byłam nieco zniesmaczona. Nie powiem, zdjęcia robią wrażenie, majstersztyk to pewnie jest, ale co pan zrobisz, skoro nie ma „ładnych zdjęć”? – nic pan nie zrobisz. Koniec, końców (wydaje mi się, że właśnie tego zwrotu nie lubi współtwórca tego bloga, ale...co tam) nie żałuję że poszłam na wystawę, ale jak mam być szczera, polecam obejrzenie zdjęć online. 
Najlepiej teraz. Przestańcie robić co robicie i już do oglądania zdjęć! Puki egzystują w Internecie legalnie...



                                                                                                        m