wtorek, 20 marca 2012

Danse macabre




Marzec. Sam środeczek marca. No może jednak bliżej końca marca, ale to przecież nie istotne. Piszę  w samo południe, słoneczne wczesnowiosenne popołudnie. Tak naprawdę jest już dobrze po północy, ale to też nie ważne, bo u mnie sam środeczek dnia, w środeczku miesiąca.
   Zajęcie na taki dzień pewnie banalne. Dla pewności sprawdzam w nieistniejącym kalendarzu. Tak, zapisałam sobie fikuśnymi literami: środek marca, południe – egzemplifikacja transgresji estetycznej. Chyba jednak to przełożę. Zamiast tego wracam do nieco już wymęczonego zwyczaju diagnozowania u siebie chorób, których dokładnej specyfiki nie znam. Nie szkodzi, mam Google.

Doniesienia z frontu walki o całkowitą utratę równowagi, czyli wszystkie choroby jakie zdiagnozowałam u siebie w tym miesiącu.

  1. Neurastenia – rodzaj nerwicy, z którym wiąże się zwiększona pobudliwość, objawy niepokoju, zmęczenia, rozkojarzenia i ból fizyczny.
Podejrzenia pojawiły się już pierwszego dnia marca. Czwartek, fatalny dzień. Cały dzień bolał mnie mięsień czworogłowy uda. Zgubiłam klucze do mieszkania. Krzyczałam na paproć.

  1. AHS (Syndrom Obcej Ręki) – niemożność kontrolowania ruchów jednej z rąk. Kończyna zachowuje się tak jakby miała własną wolą. Chory często zaprzecza, że ręka do niego należy.
Wtorek, 13 marca: moja ręka mnie odrzuciła. Obudziła mnie mocnym uderzeniem w twarz, zagrała mi na nosie, a potem  pozrywała wszystkie ulubione plakaty z piłkarzami ze ścian. Sytuację skwitowałam lekceważącym skinieniem dłoni i poszłam spać dalej.

  1. Zespół Capgrasa – przekonania, że bliskie osoby zostały podmienione innymi, które po prostu identycznie wyglądają.

To przeczucie zaczęło dręczyć mnie w okolicach dziewiątych urodzin. Ostatnio nabrało na sile. Wiem, że coś jest nie tak. Matka obca, ojciec obcy. Nie umiem tego wyjaśnić.

  1. Skaczący Francuz z Maine – klasyczny przejaw zespołu strachliwości, który przejawia się posłuszeństwem oraz nad aktywnością ruchową.
Ostatnio miałam dziesiątki przykładów na to, że jestem ofiarą choroby o tak idiotycznej nazwie. Wszystko sprowadza się do schematu: drgnięcie, podskok (niejednokrotnie towarzyszy temu okrzyk), bezsensowne posłuszeństwo wobec komend, strachliwość. Trochę mnie martwi, że chorobę zdiagnozowana na razie tylko u drwali, którzy na polecenie gotowi byli porąbać każdego kto znalazł się w pobliżu. Uważajcie.

  1. Zespół Cotarda – przekonanie o własnej śmierci
Sprawa wygląda tak: zdarzyło mi się w życiu z raz
czy dwa przesadzić z taką, czy inną używką. 
Ostatnio przesada ta miała wymiar eschatologiczny, znaczy się umarłam. Sprawa jest o tyle fatalna, że nie udało mi się przejść na „drugą stronę”. Duch mój, niespokojny tułacz snuje się teraz po ziemskim padole, niezauważony przez żywych. W sumie – nie najgorszy pomysł.


Dużo zdrowia życzę.
n

Brak komentarzy: