Marzec. Sam środeczek marca. No
może jednak bliżej końca marca, ale to przecież nie istotne. Piszę w samo południe, słoneczne wczesnowiosenne
popołudnie. Tak naprawdę jest już dobrze po północy, ale to też nie ważne, bo u
mnie sam środeczek dnia, w środeczku miesiąca.
Zajęcie
na taki dzień pewnie banalne. Dla pewności sprawdzam w nieistniejącym
kalendarzu. Tak, zapisałam sobie fikuśnymi literami: środek marca, południe –
egzemplifikacja transgresji estetycznej. Chyba jednak to przełożę. Zamiast tego
wracam do nieco już wymęczonego zwyczaju diagnozowania u siebie chorób, których
dokładnej specyfiki nie znam. Nie szkodzi, mam Google.
Doniesienia z frontu walki o
całkowitą utratę równowagi, czyli wszystkie choroby jakie zdiagnozowałam u
siebie w tym miesiącu.
- Neurastenia – rodzaj nerwicy, z którym wiąże się zwiększona pobudliwość, objawy niepokoju, zmęczenia, rozkojarzenia i ból fizyczny.
Podejrzenia pojawiły się już pierwszego dnia marca.
Czwartek, fatalny dzień. Cały dzień bolał mnie mięsień czworogłowy uda.
Zgubiłam klucze do mieszkania. Krzyczałam na paproć.
- AHS (Syndrom Obcej Ręki) – niemożność kontrolowania ruchów jednej z rąk. Kończyna zachowuje się tak jakby miała własną wolą. Chory często zaprzecza, że ręka do niego należy.
Wtorek, 13
marca: moja ręka mnie odrzuciła. Obudziła mnie mocnym uderzeniem w twarz,
zagrała mi na nosie, a potem pozrywała
wszystkie ulubione plakaty z piłkarzami ze ścian. Sytuację skwitowałam
lekceważącym skinieniem dłoni i poszłam spać dalej.
- Zespół Capgrasa – przekonania, że bliskie osoby zostały podmienione innymi, które po prostu identycznie wyglądają.
To przeczucie
zaczęło dręczyć mnie w okolicach dziewiątych urodzin. Ostatnio nabrało na sile.
Wiem, że coś jest nie tak. Matka obca, ojciec obcy. Nie umiem tego wyjaśnić.
- Skaczący Francuz z Maine – klasyczny przejaw zespołu strachliwości, który przejawia się posłuszeństwem oraz nad aktywnością ruchową.
Ostatnio miałam
dziesiątki przykładów na to, że jestem ofiarą choroby o tak idiotycznej nazwie.
Wszystko sprowadza się do schematu: drgnięcie, podskok (niejednokrotnie
towarzyszy temu okrzyk), bezsensowne posłuszeństwo wobec komend, strachliwość.
Trochę mnie martwi, że chorobę zdiagnozowana na razie tylko u drwali, którzy na
polecenie gotowi byli porąbać każdego kto znalazł się w pobliżu. Uważajcie.
- Zespół Cotarda – przekonanie o własnej śmierci
Sprawa wygląda
tak: zdarzyło mi się w życiu z raz
czy dwa przesadzić z taką, czy inną używką.
Ostatnio przesada ta miała wymiar eschatologiczny, znaczy się umarłam. Sprawa
jest o tyle fatalna, że nie udało mi się przejść na „drugą stronę”. Duch mój,
niespokojny tułacz snuje się teraz po ziemskim padole, niezauważony przez
żywych. W sumie – nie najgorszy pomysł.
n

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz