środa, 28 marca 2012

join the (no) revolution


Każde pokolenie ma swoich predatorów. Taką garstkę, która albo walczy o lepsze jutro, albo po prostu, korzystając ze swojej  pozycji na drabinie stratyfikacyjnej, daje czadu. Byli Hippisi, którzy dzisiaj są już tylko łysi. Był Sid Vicious, kóry jakoś przepadł bez śladu. No, ale recykling trwa. Co parę lat pojawiają się nowe, dziwaczne trendy

Przebrnąwszy przez lata 90’, dochodząc do początku XXI w., patrzę wstecz i widzę tylko dzieciaki w spodniach z szerokim krokiem, fanów Spice Girls, potem początek ery facebooka. Stare dobre czasy, które niezmiennie wspominamy: nie siedziało się dniami przed komputerem, jadło się chleb z cukrem a na deser gumę turbo.
Było parę tragedii, katastrof naturalnych, tego nie da się uniknąć.
Ale właściwie żaden festiwal a’la Woodstock nie stworzył już nic, na podobieństwo kontrkultury lat 60 i 70.      

 W czym MY, dziś żyjemy?       

Zdaje mi się, że naszą kontrkulturą nie jest nic innego, jak era social media. Ale sama nie wiem. Obserwując wydarzenia ostatnich lat, wszystko tak naprawdę sprowadza się do „społeczeństwa w sieci”. Social Media, stały się numerem jeden wśród wszelki wojsk lądowych i powietrznych. Przebiły już nie tylko dwa Polskie czołgi, ale prawdopodobnie zasoby militarne Chin. Dziś obserwujemy jak w ciągu paru sekund, ludzie jednoczą się, lub zabijają nawzajem, za pomocą ekranu. Tak, ekranu komputera. Jakże by inaczej.

Może to i bezpieczniej, że facebook i yołtube, zastąpiły bombę atomową w wyścigu zbrojeń. A może to tylko wyścig „popularności”? Walka o to, kto jest Hippisem XXI wieku? No właśnie, kto?  
Być może nikt. Być może właśnie o taką Polskę walczyliśmy – miks kulturowy i poglądowy.



A może?
Termin, który wpadł do naszego (założycieli bloga) słownika całkiem przypadkiem – Bobos.
Chyba jeszcze niezbyt popularny, gdyż Google uporczywie kierują mnie na hasło Boobs.
Jeden  pan napisał książkę. Przeczytałam pierwsze dwie strony i z przerażeniem stwierdziłam, że są to ludzie którym aktualnie zazdroszczę!
Może też podziwiam? Młodzi, posiadacze niesamowitych blogów, sesji zdjęciowych, którzy prowadzą małą włoską kawiarenkę w Paryżu, albo zbijają miliony na sprzedaży swoich grafik.

(Nie mylić z Hipsterami!)



It’s not about making Money, It’s about doing what you love, czyli mantra, wciąż przeze mnie powtarzana, zaraz po wyborze kierunku studiów, okazała się mantrą Bobos. Ich nazwa to połączenie Bohemia i bourgeois – burżuazyjna cyganeria. Och! Ach!

Jakie są ich cechy charakterystyczne? Hm, tak najprościej mówiąc – mają dużo kaski, świetne wykształcenie (z którym się nie kryją), chcą zdetronizować tzw. „wizjonerów XX w.” a’la Jobs. Są barwnym melanżem wykształconej elity, w pary łączy ich wykształcenie, lub miłość do antyków. Nie krzyczą, są naturalni, z dobrymi manierami. Pieniądze zarabiają. Nie próżnują dobytku rodziców. Oprócz tego, że wypada im mieć ekologiczny dom, stylowo urządzony, bogactwem się nie chwalą, ale nim e-ma-nu-ją.

Charakteryzuje ich też społeczna wrażliwość a biznes łączy się tylko z ich upodobaniami.
Pytanie – kto by nie chciał takiego dziecka? Fundnie wypad na Malediwy i jeszcze zapłaci. No, może nie Malediwy, ale raczej coś bardziej romantycznego, emanującego wysoką kulturą i nauką. Miejsca gdzie można nauczyć się wiele. Do tego jeszcze nasz synek, czy córka w gronie rodziny chętnie zacytuje Hegla i ugotuje wegańskie jedzenie.  Jak tu nie kochać?

Hm. Tylko o jaką Polskę oni walczą...niewiadomo. Nie można też się niczego przyczepić, kultura ta połączyła bogaczy chroniących tradycji z artystyczną bohemą. Twór idealny? Zobaczymy. Tymczasem, zapraszam do lektury  Bobos in paradise.

Brak komentarzy: