Każde pokolenie ma swoich predatorów. Taką garstkę, która albo walczy o lepsze jutro, albo po
prostu, korzystając ze swojej pozycji na
drabinie stratyfikacyjnej, daje czadu. Byli Hippisi, którzy dzisiaj są już
tylko łysi. Był Sid Vicious, kóry jakoś przepadł bez śladu. No, ale recykling
trwa. Co parę lat pojawiają się nowe, dziwaczne trendy
Przebrnąwszy przez lata 90’, dochodząc do początku XXI w.,
patrzę wstecz i widzę tylko dzieciaki w spodniach z szerokim krokiem, fanów
Spice Girls, potem początek ery facebooka. Stare dobre czasy, które niezmiennie wspominamy:
nie siedziało się dniami przed komputerem, jadło się chleb z cukrem a na deser
gumę turbo.
Było parę tragedii, katastrof naturalnych, tego nie da się
uniknąć.
Ale właściwie żaden festiwal a’la Woodstock nie stworzył już
nic, na podobieństwo kontrkultury lat 60 i 70.
W czym MY, dziś żyjemy?
Zdaje mi się, że naszą kontrkulturą nie jest nic innego, jak
era social media. Ale sama nie wiem. Obserwując wydarzenia ostatnich lat,
wszystko tak naprawdę sprowadza się do „społeczeństwa w sieci”. Social Media,
stały się numerem jeden wśród wszelki wojsk lądowych i powietrznych. Przebiły
już nie tylko dwa Polskie czołgi, ale prawdopodobnie zasoby militarne Chin.
Dziś obserwujemy jak w ciągu paru sekund, ludzie jednoczą się, lub zabijają
nawzajem, za pomocą ekranu. Tak, ekranu komputera. Jakże by inaczej.
Może to i bezpieczniej, że facebook i yołtube, zastąpiły
bombę atomową w wyścigu zbrojeń. A może to tylko wyścig „popularności”? Walka o
to, kto jest Hippisem XXI wieku? No właśnie, kto?
Być może nikt. Być może właśnie o taką Polskę walczyliśmy –
miks kulturowy i poglądowy.
A może?
Termin, który wpadł do naszego (założycieli bloga) słownika
całkiem przypadkiem – Bobos.
Chyba jeszcze niezbyt popularny, gdyż Google uporczywie kierują
mnie na hasło Boobs.
Jeden pan napisał
książkę. Przeczytałam pierwsze dwie strony i z przerażeniem stwierdziłam, że są
to ludzie którym aktualnie zazdroszczę!
Może też podziwiam? Młodzi, posiadacze niesamowitych blogów,
sesji zdjęciowych, którzy prowadzą małą włoską kawiarenkę w Paryżu, albo
zbijają miliony na sprzedaży swoich grafik.
(Nie mylić z Hipsterami!)
It’s not about making
Money, It’s about doing what you love, czyli mantra, wciąż przeze mnie
powtarzana, zaraz po wyborze kierunku studiów, okazała się mantrą Bobos. Ich
nazwa to połączenie Bohemia i bourgeois – burżuazyjna cyganeria. Och! Ach!
Jakie są ich cechy charakterystyczne? Hm, tak najprościej
mówiąc – mają dużo kaski, świetne wykształcenie (z którym się nie kryją), chcą
zdetronizować tzw. „wizjonerów XX w.” a’la Jobs. Są barwnym melanżem
wykształconej elity, w pary łączy ich wykształcenie, lub miłość do antyków. Nie
krzyczą, są naturalni, z dobrymi manierami. Pieniądze zarabiają. Nie próżnują
dobytku rodziców. Oprócz tego, że wypada im mieć ekologiczny dom, stylowo
urządzony, bogactwem się nie chwalą, ale nim e-ma-nu-ją.
Charakteryzuje ich też społeczna wrażliwość a biznes łączy
się tylko z ich upodobaniami.
Pytanie – kto by nie chciał takiego dziecka? Fundnie wypad
na Malediwy i jeszcze zapłaci. No, może nie Malediwy, ale raczej coś bardziej
romantycznego, emanującego wysoką kulturą i nauką. Miejsca gdzie można nauczyć się
wiele. Do tego jeszcze nasz synek, czy córka w gronie rodziny chętnie zacytuje
Hegla i ugotuje wegańskie jedzenie. Jak
tu nie kochać?
Hm. Tylko o jaką
Polskę oni walczą...niewiadomo. Nie można też się niczego przyczepić,
kultura ta połączyła bogaczy chroniących tradycji z artystyczną bohemą. Twór
idealny? Zobaczymy. Tymczasem, zapraszam do lektury Bobos
in paradise.
revolution.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz