Prawie nikt już o nim nie pamięta. Bo przestarzałe, trochę
śmieszne, nie do końca wiadomo o co chodzi. Młodzieży to już lepiej się nie
pytać co sądzi. Bo na co to komu, w XXI
wieku?
Było już na blogu o ludziach wielkich, było o tych małych .
Było o wydarzeniach przełomowych i pierdołach. Dziś pragnę cofnąć się w czasie,
porzucić teraźniejszość i oddać hołd pewnej ważnej sprawie.
FILM NIEMY.
Avatar, Titanic, co tam jeszcze...no ba! Gwiezdne wojny,
Nicholson, De Niro, Streep, no i wymieniać można całą noc. Wielkie filmy, wielcy
aktorzy.
Ale jak to się wszystko zaczęło? Kim była matka? Ktoś na
pewno zasiał to diabelskie nasienie
które w nocy nie pozwala spać, a podczas sesji wchodzi do pokoju w samej
bieliźnie (kto nie ogląda podczas sesji wszystkich sezonów swojego ulubionego
serialu chyba nie jest normalny).
28 grudnia 1895 roku – przeklęta data – wyświetlono pierwszy
film, a raczej dwuminutowy obraz pod tytułem „wyjście robotników z fabryki”.
Dziś śmiech na Sali. Wówczas, sukces. Filmy opowiadające jakąś historię zaczęto
tworzyć na początku XX wieku. Tutaj taka mała ciekawostka, która może i
rozweseli publiczność. W sali kinowej znaleźli się taperzy, czyli artyści
grający muzykę na żywo, obserwując reakcję widzów. Mieli oni utrudnione zadanie,
ponieważ byli odwróceni tyłem do ekranu i nie wiedzieli, jaka scena odgrywa się
w danej chwili za ich plecami. Często więc grali muzykę nieadekwatną do chwili.
Coś jakby grać Mozarta do Gwiezdnych Wojen,
chociaż kto wie, może i byłoby to dobre połączenie?
Tutaj zakończmy wątki historyczne, według statystyk, nudzą
one czytelników.
Moje pierwsze dwa filmy nieme z muzyką na żywo widziałam
parę lat temu, na Festiwalu „Zderzenia działań wrażliwych”. Pierwszy, Charlie
Chaplin – klasyka. Drugi – o jakieś łodzi, myślę że był bardzo ważny, jednak
nie zapamiętałam tytułu. Proszę wybaczyć.
Jednak w ostatnią niedziele również udało mi się być na
takim pokazie. Film z lat 20, perełeczka, nagrodzony Oskarem. Cóż, nikogo nie
obrażając, myślę jednak że trzeba mieć w sobie jakąś „artystyczną cierpliwości”.
Jeżeli takie coś w ogóle istnieje (?). A może zrozumienie? Pochwała dla samej sztuki. W przeciwnym wypadku łatwo wyrżnąć
główką w kufel piwa, stojący na stoliku, zasypiając.
Z drugiej strony, prawa półkula mózgu ciągle będzie śledzić
z przymrużonym okiem całą fabułę, czekając z niecierpliwością na to - czy ona
go zabije, czy on ją? Od czasu do czasu na sali wybucha śmiech. Film z gatunku
dramat, jednak widzowie broń boże nie śmiali się z dramatycznego losu
bohaterów. Gdzieżby śmiali! Zabawna okazywała się głównie gra aktorska, która w
tamtych czasach była, delikatnie mówiąc – wyrazista. Ale ten makijaż! Te
fryzury! I to takie specyficzne przeskakiwanie klatek, nie wiem jak to wytłumaczyć.
Coś w tym jest. Magia kina? Na pewno
magia starego kina. Fakt, od czasu do czasu, człowiek czuje w środku taki
ucisk, zniecierpliwienie, kiedy aktorzy odgrywają właśnie pełną napięcia scenę,
a przecież nie mogą nic do siebie powiedzieć! Albo mówią coś pod nosem, czego
my, oczywiście, nie słyszymy.
Na dodatek
zakochałam się. Pan grający muzykę na żywo z keyboardu, mógłby jako mój mąż co
wieczór grać mi na dobranoc. Albo obserwowałby mnie w kuchni i trenując do
następnego filmu, grałby muzykę adekwatną do tego co robie. Hihi.
Naprawdę polecam muzykę
z keyboardu na żywo.
W wersji audio nie robi takiego wrażenia.
Dlaczego film niemy umarł? Proste! Bo wprowadzono dźwięk.
Ale czy powinien? Tutaj dużo daje do myślenia fakt, że nowy
film „Artysta” zdobył Oskara. No dobrze. Był niemy, aktor miał pewnie trudno.
Niemy film w dzisiejszych czasach? A nich ma tego Oskara!
Być może da to początek powrotu do tych niesamowitych
filmów, które jednak bardzo poruszają wyobraźnie. Charlie Chaplin, Buster Keaton,
Emil Jannings, to tylko kilku niesamowitych aktorów, którym dźwięk nie był
potrzebny. Mimo tego że wnieśli tak wiele w „budowanie” kina, cóż im po
tym, w dobie Justina Biebera.
Koniec końców, zachęcam do małego romansiku z Filmem niemym.
m

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz