piątek, 2 marca 2012

NIE MY






Prawie nikt już o nim nie pamięta. Bo przestarzałe, trochę śmieszne, nie do końca wiadomo o co chodzi. Młodzieży to już lepiej się nie pytać co sądzi. Bo na co to komu, w XXI wieku?
Było już na blogu o ludziach wielkich, było o tych małych . Było o wydarzeniach przełomowych i pierdołach. Dziś pragnę cofnąć się w czasie, porzucić teraźniejszość i oddać hołd pewnej ważnej sprawie.  

 FILM NIEMY.
Avatar, Titanic, co tam jeszcze...no ba! Gwiezdne wojny, Nicholson, De Niro, Streep, no i wymieniać można całą noc. Wielkie filmy, wielcy aktorzy.
Ale jak to się wszystko zaczęło? Kim była matka? Ktoś na pewno zasiał to diabelskie nasienie które w nocy nie pozwala spać, a podczas sesji wchodzi do pokoju w samej bieliźnie (kto nie ogląda podczas sesji wszystkich sezonów swojego ulubionego serialu chyba nie jest normalny).

28 grudnia 1895 roku – przeklęta data – wyświetlono pierwszy film, a raczej dwuminutowy obraz pod tytułem „wyjście robotników z fabryki”. Dziś śmiech na Sali. Wówczas, sukces. Filmy opowiadające jakąś historię zaczęto tworzyć na początku XX wieku. Tutaj taka mała ciekawostka, która może i rozweseli publiczność. W sali kinowej znaleźli się taperzy, czyli artyści grający muzykę na żywo, obserwując reakcję widzów. Mieli oni utrudnione zadanie, ponieważ byli odwróceni tyłem do ekranu i nie wiedzieli, jaka scena odgrywa się w danej chwili za ich plecami. Często więc grali muzykę nieadekwatną do chwili. Coś jakby grać Mozarta do Gwiezdnych Wojen, chociaż kto wie, może i byłoby to dobre połączenie?

Tutaj zakończmy wątki historyczne, według statystyk, nudzą one czytelników.

Moje pierwsze dwa filmy nieme z muzyką na żywo widziałam parę lat temu, na Festiwalu „Zderzenia działań wrażliwych”. Pierwszy, Charlie Chaplin – klasyka. Drugi – o jakieś łodzi, myślę że był bardzo ważny, jednak nie zapamiętałam tytułu. Proszę wybaczyć.
Jednak w ostatnią niedziele również udało mi się być na takim pokazie. Film z lat 20, perełeczka, nagrodzony Oskarem. Cóż, nikogo nie obrażając, myślę jednak że trzeba mieć w sobie jakąś „artystyczną cierpliwości”. Jeżeli takie coś w ogóle istnieje (?). A może zrozumienie? Pochwała dla samej sztuki. W przeciwnym wypadku łatwo wyrżnąć główką w kufel piwa, stojący na stoliku, zasypiając.
Z drugiej strony, prawa półkula mózgu ciągle będzie śledzić z przymrużonym okiem całą fabułę, czekając z niecierpliwością na to - czy ona go zabije, czy on ją? Od czasu do czasu na sali wybucha śmiech. Film z gatunku dramat, jednak widzowie broń boże nie śmiali się z dramatycznego losu bohaterów. Gdzieżby śmiali! Zabawna okazywała się głównie gra aktorska, która w tamtych czasach była, delikatnie mówiąc – wyrazista. Ale ten makijaż! Te fryzury! I to takie specyficzne przeskakiwanie klatek, nie wiem jak to wytłumaczyć. Coś w tym jest. Magia kina? Na pewno magia starego kina. Fakt, od czasu do czasu, człowiek czuje w środku taki ucisk, zniecierpliwienie, kiedy aktorzy odgrywają właśnie pełną napięcia scenę, a przecież nie mogą nic do siebie powiedzieć! Albo mówią coś pod nosem, czego my, oczywiście, nie słyszymy.
  Na dodatek zakochałam się. Pan grający muzykę na żywo z keyboardu, mógłby jako mój mąż co wieczór grać mi na dobranoc. Albo obserwowałby mnie w kuchni i trenując do następnego filmu, grałby muzykę adekwatną do tego co robie. Hihi.
Naprawdę polecam muzykę z keyboardu na żywo.
W wersji audio nie robi takiego wrażenia.

Dlaczego film niemy umarł? Proste! Bo wprowadzono dźwięk.
Ale czy powinien? Tutaj dużo daje do myślenia fakt, że nowy film „Artysta” zdobył Oskara. No dobrze. Był niemy, aktor miał pewnie trudno. Niemy film w dzisiejszych czasach? A nich ma tego Oskara!
Być może da to początek powrotu do tych niesamowitych filmów, które jednak bardzo poruszają wyobraźnie. Charlie Chaplin, Buster Keaton, Emil Jannings, to tylko kilku niesamowitych aktorów, którym dźwięk nie był potrzebny. Mimo tego że wnieśli tak wiele w „budowanie” kina, cóż im po tym, w dobie Justina Biebera.
Koniec końców, zachęcam do małego romansiku z Filmem niemym. 



m


Brak komentarzy: