poniedziałek, 14 maja 2012

Artystą być



Może to będzie odrobinę wredne. I ja z natury, przysięgam, jestem człowiekiem pokoju. Pacyfista pełną gębą. Nie lubię się kłócić i mówić sarkastycznie. Nie potrzebuje mieć zawsze racji. Jednak tu i teraz podejmę się tematu, który być może nie przysporzy mi punktów dodatkowych.

Lubię mawiać że: są ludzie i parapety. Nie oszukujmy się. Są też artyści i ARTYŚCI.
Z góry powiem, że może ja czegoś nie rozumie. Może ja jestem po prostu chłopką z pola, ze wsi pod Katowicami, na którą takie rzeczy nie działają. Z drugiej strony, nie chce się chwalić, ale po Ojcu odziedziczyłam pierwiastek artysty i chociaż mój własny dorobek nieco skromny, znam dzieje architektury, mam ulubionych malarzy i lubię słuchać Mozarta. Co oczywiście jeszcze o niczym nie świadczy, ale uwierzcie mi na słowo.
Co skłania mnie do refleksji?
Oczywiście w dzisiejszych czasach, każdy może być artystą. Co druga osoba bazgroli wiersze, pcha się do „mam talent”, maluje po zeszytach, albo ściąga program do miksowania muzyki. Dzięki Bogu, taki proces często prowadzi zaledwie do wypromowania celebryty pokroju Gracjana, który po paru latach przestaje być na topie, a duża część społeczeństwa podejrzewa u niego nieleczoną, chorobę psychiczną.
Co mnie jednak martwi.
Do moich oczu i uszu docierają coraz częściej informacje dotyczące ludzi, którzy są naprawdę doceniani, a prawdę mówiąc, ich dzieła to tylko pseudo-dzieła. Ale przecież nie! Oni są Fascynujący! Niesamowici artyści, których wernisaże przyciągają prawdziwych fascynatów sztuki! Na początku wydawało mi się, że za tym wszystkim stoją hipsterzy (albo Żydzi). Niestety, prawda okazuje się z goła inna. To jeszcze coś innego. Ale o czym ja mówię?

Kaplica Sykstyńska! Dzieło przeogromne, niesamowity dorobek, coś czego nie da się ogarnąć. Tam dzień i noc i dzień i noc, przez wiele LAT, harował Michał Anioł! Malował i malował i malował i malował. W koło Macieju. Mona lisa? Albo weźmy kogoś młodszego. Już nawet niech będzie ten Andy Warhol. Koleś miał zacięcie! Przedstawiciel Pop-artu zdecydowanie COŚ prezentował na swoich dziełach. Był wszechstronnym twórcą nowych pomysłów w sztuce.
A teraz nadejdzie chwila prawdy. Kogo ja tu chce obrazić?
Spójrzmy prawdzie w oczy. Plakat wystawy: cały czarny, z białką kropką. Tytuł: „coś”.
 Ja się pytam: Co to jest?!
Albo znajduje sobie czas, drepcze na tą wystawę, a tam jedne płótna pokryte kolorem fioletowym, inne czerwonym. A ludzie stoją z kieliszkiem wina w ręce i dumają. Może coś biorą? A może to JA nie dostrzegam głębi? No ale ile można się wpatrywać w rower pomalowany na neonowy pomarańcz. Albo jak można dostrzegać głębie w fiutach na krucyfiksie?
Polska to wolny kraj i jak to mówi moja matka „róbcie se co chcecie, a mnie dajcie święty spokój!” Tylko, że moje małe serduszko podpowiada mi, że niesprawiedliwość się szerzy. Szerzy się, bo Pan, którego nie stać na czynsz, rysuje piękne krajobrazy i postaci na Krakowskim rynku. A Pani która stanęła nad kartką papieru, trzepnęła kilka razy atramentem i zrobiła z tego wystawę, rozkłada się właśnie na modnej kanapie w swoim Warszawskim apartamencie (wybór miast przypadkowy).
Podsumować można tym, że każda potwora (tak jak dzieła sztuki) znajdzie swojego amatora. Ludziom tego nie zabronimy. Z drugiej strony, gdzie podziały się wystawy kustoszy, mistrzów, którzy pracują godzinami, wylewając na płótno swoje uczucia. Kiedy znów stanę nad jakimś współczesnym dziełem i po godzinie zauważę nowy, cenny szczegół? Na koniec, idealny cytat Pana Warhola: „Każdy będzie miał kiedyś swoje 15 minut sławy”
                  
m


Marta, autorka 2 966 znaków wyżej koszmarnie się myli. Racji w tym, co pisze jest jednak jeszcze więcej, więc chyba trzeba jej pogratulować.

Temat sztuki współczesnej to taki zielony robaczek, co często wchodzi w nasze rozmowy i za nic nie da się go utłuc laczkiem. Mam nadzieję, że z tych rozmów wyrośnie nam już niedługo coś ładnego. Tymczasem ja muszę wtrącić tu swoje trzy grosze. Mam więcej niż Marta wyrozumiałości dla sztuki współczesnej. Prawdą jest jednak, że jest to wyrozumiałość matki patrzącej na grubego, łysiejącego  syna, który  dobiega trzydziestki i raczej nigdy nie podyma. Słowem - jest to raczej wyrozumiałość konieczna niż zew serca. 

Ja rozumiem, że postmodernizm, post postmodernizm, konceptualizm,  performance, asamblaże, malarstwo barwnych płaszczyzn, taszyzm, street art i w ogóle conterporary, ale trzeba spojrzeć sobie w końcu w twarz i przyznać, że niektóre dzieła służą wyłącznie do estetycznej konsumpcji. Nie za każdą pracą stoją wielkie idee, transgresje emocjonalne i demaskowanie płytkości społeczeństwa. Sentencjonalnie mówiąc, niektóre rzeczy są tylko rzeczami i niczym więcej. Nawet jeśli wystawia się je w galeriach, to w rzeczywistości bardziej przypominają seriale telewizyjne niż prawdziwą sztukę. Przez chwilę wzbudzają zainteresowanie, są ładne (lub umyślnie brzydkie), dają krótką rozrywkę, ale nic więcej.

Nie ma w tym nic złego. Ja sobie na serial lubię popatrzeć, więc i pseudosztukę też zniosę. Problem, gdy (często bez udziału twórcy) robi się z niej coś, czym nie jest i nigdy nie była. Mówię tu między innymi o idiotycznych podpisach pod dziełami (tak chodzi o MOCAK), absurdalnych recenzjach i, to chyba jest najgorsze, działaniach i wypowiedziach niektórych kuratorów.
 Sama mam w pamięci taki obrazek z mojej pierwszej w życiu wystawy. Sytuacja miała miejsce parę ładnych latek temu: wernisaż kilku młodych malarzy, odbywający się w ramach działalności szkoły artystycznej. Byłam najmłodsza z całego grono i niezwykle podekscytowana całym zamieszaniem. Pozwoliłam na zmianę tytułów moich obrazów i wysłuchałam przylizanego konferansjera, który zwracał uwagę zebranych na to, że korespondują one z czymś tam i czymś tam jeszcze – o czym sama nie wiedziałam. Różni ludzie podchodzili do mnie i mówili o rzeczach, o których nie miałam pojęcia. Trochę jak teleturniej, w którym na każde pytanie mogę wybrać jedną z czterech odpowiedzi: „to metafora”, „to o dorastaniu”, „to o samotności” i „tak, te kolory to nie przypadek”. Każda wariant gwarantuję wygraną i uścisk dłoni. I nikomu się nigdy nie przyznałam, że wszystkie te najbardziej chwalone elementy moich prac, to nie było wcale „niebanalne wyłamanie się z kanonów”, czy „ wyłaniający się rys prawdziwej osobowości twórczej„ (cyt. oryginalne), tylko błędy i  niedociągnięcia techniczne. Mi się udało dostać kilka ciepłych recenzji, innym dyletantom też się udaje.

n



Brak komentarzy: